Gdy w ubiegłym roku wracaliśmy z wypadu do Bormio, gdzie wraz z grupą ponad 20 znajomych podjechaliśmy legendarną przełęcz Stelvio z obu stron, wiedzieliśmy, że musimy tam wrócić.
Dlaczego Bormio? To proste. Ta miejscowość, położona w sercu Włoskich Alp, to prawdziwy kolarski raj. W okolicach Bormio czeka na nas nie tylko zapierające dech w piersiach Stelvio, ale także inne legendarne przełęcze jak Gavia czy Mortirolo.
Droga w Alpy
Nasz cel jest oddalony od Warszawy o ponad 1300 km. Pomimo dobrych dróg, to blisko 15 godzin jazdy, szczególnie, że tym razem droga przecina jeszcze Jelenią Górę. Po 5 godzinach zgarniam Łukasza i busem użyczonym nam przez niezawodny Giant Fabryczna kierujemy się ku Alpom. Na pokładzie mamy bagaże i rowery dla całej ekipy, w wypadku tej lokalizacji to najwygodniejsza opcja logistyczna.
Długa podróż mija spokojnie i komfortowo, na miejscu jesteśmy przed południem. Pogoda nie powala, początkowo słoneczna, po jakimś czasie przynosi deszcz. Teraz to jednak nie problem i tak trzeba odespać nocną podróż.



Pierwsze kilometry
Wyjazdowa ekipa pojawia się w Bormio kolejnego dnia, około południa. Wtedy już pada, ale liczymy, że jeszcze uda się wyjść na rower. Na ustach wszystkich temat pogody. W tak wysokich górach to ona odgrywa wielką rolę. Po południu trafiamy w okienko i zaliczamy rundę instalacyjną. Spokojne 14 km i 300 m w górę, idealnie na początek.
Wieczorem kolacja, która jak się później okazało była otwarciem festiwalu pyszności, które postanowił zaserwować nam hotel Alpi&Golf. Posiłki są tutaj naprawdę obłędne i już do końca wyjazdu zachwytom nie będzie końca.
Na koniec odprawa, nakreślamy plan działania na najbliższe dni. Na tapecie przełęcze Stelvio, Gavia i Mortirolo. Tą pierwszą chcemy pokonać z obu stron, dwie kolejne zaliczyć w jednej pętli. Prognozy nadal słabe, przełęcze zasypuje śnieg. Na Stelvio nie chcemy też jechać w weekend. Wtedy ruch motocykli i samochodów może być naprawdę uciążliwy.






Wokoło komina
Czwartek to dzień przejściowy przed większymi wyzwaniami. Planujemy jazdę “wokoło komina”, co akurat w Bormio jest dość atrakcyjną opcją. Najpierw atakujemy podjazd pod stację narciarską Bormio 2000. To ponad 7 km o średnim nachyleniu 7,6%. Wchodzi bardzo przyjemnie, w pełnym słońcu ośnieżone szczyty gór wyglądają wręcz nierealnie.
Podjazd dnia to tak zwane “małe Stelvio”, czyli droga do wież Torri di Fraele. Parametrami zbliżony do poprzedniego, ale dodatkowo usłany widowiskowymi serpentynami. Na szczycie bonus – kawałek dalej znajduje się jezioro Lago di Cancano. Miejsce niezwykle malownicze, warto je odwiedzić będąc w okolicy.






Po to tu jesteśmy
Poprzedni dzień przyniósł wyższe temperatury, śnieg na górze stopniał. Niestety chmury są ciężkie i deszczowe, warunki na Stelvio mogą być różne. Jesteśmy na to gotowi i ruszamy w asyście busa. Pierwszy podjazd na Umbrail Pass (ok 200 m poniżej Stelvio), to 19,8 km, 1323 metry w górę o średnim nachyleniu 7,0%. Od połowy pada, im wyżej tym bardziej. Na szczęście w połowie zjazdu się wypogadza i szwajcarska część trasy po raz kolejny wita nas słońcem (materiał z naszego ostatniego wyjazdu w te okolice obejrzysz TUTAJ). Postój w Prato ładuje akumulatory, jesteśmy gotowi na danie główne.
Podjazd z Prato to prawdziwy gigant – 26,5 km, 1871 metrów przewyższenia o średnim nachyleniu 6,6%. Długi, wyczerpujący i chyba też nie najbardziej ciekawy, choć na mnie ostatnia sekcja serpentyn zawsze robi duże wrażenie. Pogoda ponownie się zmienia, zaczyna padać, z każdym kilometrem jest coraz zimniej. Ostatnie 5 kilometrów to już naprawdę ciężkie warunki. Mimo tego ekipa się spisała. Szacun dla wszystkich za walkę!










Dzień próby
Patrząc po wykresach, miało być trochę lżej niż dnia poprzedniego. Choć planowana całość to 107 km i 3000 metrów przewyższenia, a pętla spięta jest Gavią i Mortirolo – przełęczami niewiele niższymi niż Stelvio. Jedziemy jednak w odwrotnym kierunku niż zdarzało mi się wcześniej i jak się okaże, zrobi to solidną różnicę.
Techniczne Mortirolo ma kilka wariantów, my wybieramy ten najłatwiejszy “na papierze”. Cyfry nadal ma imponujące – 14 km podjazdu, 1163 metry przewyższenia o średnim nachyleniu 8,5%. Jest długo i stromo, stromo i długo… Szczególnie końcowe fragmenty trzymają bardzo solidnie, a na moim Garminie okolice 18% nachylenia pojawiają się co chwilę. Po drodze widoków raczej brak, ale na górze ogromna satysfakcja.

Obozy z klimatem i charakterem
Nasze wyjazdy to świetna atmosfera, przemyślane trasy, kameralne grupy i idealne warunki do szlifowania techniki jazdy oraz budowania wydolności. Nasze zaangażowanie i sprawna organizacja spowodują, że poczujesz się na nich bezpiecznie i komfortowo.
Szybki zjazd, postój w kawiarni, a po niej rolling hills do Ponte di Legno. Stąd zaczyna się nasza wspinaczka na Gavię. Podjazd ma 16 km, 1318 metry przewyższenia o średnim nachyleniu 8,8%, czyli znowu stromo, zaskakująco stromo. Wersja od strony Bormio jest jednak dużo łagodniejsza. Na szczęście im wyżej tym piękniej, a to zawsze najlepsza motywacja. Przełęcz zalana jest słońcem, a widoki na górze biją chyba nawet te ze Stelvio.








Kolarskie Bormio po raz kolejny okazało się miejscem, które trudno zamknąć w prostym podsumowaniu. Z jednej strony to imponujące cyfry, długie godziny jazdy i pogoda, która potrafi zmienić się kilka razy w ciągu dnia. Z drugiej strony zostają rzeczy mniej mierzalne: alpejskie krajobrazy, niekończące się serpentyny i satysfakcja po wjechaniu w miejsca, które na rowerze ma szansę zdobyć tylko garstka ludzi.
To nie był wyjazd z idealnym scenariuszem od pierwszej do ostatniej minuty. I dobrze, bo właśnie najlepiej pokazuje, czym jest jazda w wysokich górach — odrobiną planowania, improwizacji, dużą dozą pokory i jeszcze większą radości, kiedy wszystko finalnie układa się w całość.
A jeśli chcesz być z nami przy kolejnych wyjazdach, obserwuj nasze kanały i zgłaszaj się na następne campy.
Paweł Nowakowski



